MYLINGAR – „Döda Själar” Amor Fati Productions 2019
Jak daleko może zajść muzyczna ekstrema? Czasami zastanawiam się, czy jeszcze można przesunąć jej granice? Takie kapele jak Imperial Triumphant, Ulcerate czy Revenge swoją muzyką dotarły do ściany i dalej się nie da, przynajmniej teoretycznie. Ale MYLINGAR ustawił wszystkich pod ścianą i udowodnił, że się da. Oni przebili ścianę i poszli krok dalej. Już dawno nie słyszałem tak bezkompromisowej, odrażającej i ohydnej muzyki. Brzydka to jest dupa diabła, ale w przypadku MYLINGAR ta brzydota sięgnęła zenitu.
„Döda själar” to ich druga płyta, na której znajduje się siedem „kompozycji” (chociaż raczej to ponumerowane skrawki hałasu) i jak tytuł wskazuje – chyba przeznaczona jest dla martwych dusz. Nie wiadomo, kto za tym wszystkim stoi i gdzie to się narodziło, po prostu jest płyta i tyle.
W przypadku Mylingar percepcja muzyki to jakiś kosmiczny wymiar, niezrozumiały dla zwykłego śmiertelnika. Lawina dźwięków, która wylewa się z głośników z chronicznym odruchem wymiotnym wokalisty, rozwaliła mnie na kawałki. Straciłem równowagę psychiczną. Odsłuchałem pierwszą stronę (moje szczęście, że mam to na vinylu) i zrobiłem sobie przerwę. To jest jakiś absurd!!! Słyszałem wiele płyt, które były naprawdę kiepsko wyprodukowane, ale tutaj nie ma żadnej produkcji. W piwnicy na dyktafonie bym to lepiej zrobił 🙂
Powiadam wam, że tutaj nie ma żartów, bo te 40 minut muzycznego bestialstwa prowadzi do trwałego uszczerbku na zdrowiu. Ja jeszcze dycham, ale jak długo? Tylko dla zatwardziałych prawdziwków, bo w przeciwnym wypadku – dom wariatów 😉
