|

dawno nie było z innej beczki :)

Miało być dzisiaj o górach. O samotnym wyjeździe, o ciszy, o tym, jak człowiek potrafi odnaleźć siebie i oczyścić się gdzieś pomiędzy szlakiem a własnymi myślami.

Ale tym razem będzie o „konserwie”. I nie, nie takiej, jak myślisz. Nie mielonka. Chociaż czasami mam wrażenie, że właśnie w takich konserwach ludzie przechowują swoje poglądy. Z datą ważności, której, no, powiedzmy sobie szczerze, większość z nas i tak nie sprawdza.

Konserwatyzm.

I od razu zaznaczę: nie będzie to podręcznikowa definicja konserwatyzmu. To moje rozumienie postawy konserwatywnej, obserwacja ludzi i trochę moich własnych przemyśleń. Nie mam zamiaru nikogo definiować ani przekonywać, że moja racja jest jedyną słuszną.

Bliska mi osoba używa określenia „konserwa”. Bardzo spodobało mi się to słowo. Do tego stopnia, że wprowadziłam je do swojego słownika dnia codziennego.

Wybieramy jedną wizję świata. Czarne albo białe. Ale ja nie z tych. Dla mnie świat nigdy nie był tylko czarno-biały. Ma i zawsze będzie miał kolory. Wybieramy jedną grupę ludzi. Jeden zestaw poglądów.

Konserwatyzm jest dla mnie ciekawy dlatego, że słowo to często zaczyna oznaczać więcej niż tylko poglądy polityczne. To pewien sposób patrzenia na świat, na ludzi, związki, rodzinę. Na to, co wypada, a czego nie. A przecież mając swoje zasady, możesz być jednocześnie ciekawy drugiego człowieka, który żyje inaczej.

Wierzysz w swoją rodzinę? W porządku. Zaakceptujmy więc, że ktoś stworzył ją inaczej. Tradycja? Wierz w nią, oczywiście, ale nie uznawaj jej od razu za jedyną akceptowalną drogę.

Możemy być konserwatystami, a jednocześnie pozwalać sobie na pytanie: „Co, jeżeli nie mam racji we wszystkim?” I chyba właśnie tego pytania najbardziej nam dzisiaj brakuje. Problem pojawia się wtedy, kiedy przekonania zaczynają być czymś, czym jesteśmy, a nie czymś, co mamy.

I wtedy wiesz, do czego dochodzi? Do tego, że każda rozmowa z kimś, kto inaczej myśli, inaczej postrzega świat, staje się atakiem. Bo nie jesteśmy w stanie tego zrozumieć. A raczej, niestety, często po prostu nie chcemy. Człowiek po drugiej stronie przestaje być człowiekiem.

Staje się „lewakiem”, „prawicowcem”, „katolem”, „ateistą”, „tą feministką” i jakkolwiek jeszcze chcemy sobie go nazwać. I co się wtedy dzieje?

Nie mamy rozmowy. Mamy dwie „konserwy” stojące naprzeciwko siebie. Czasami wręcz rzucające się sobie do gardeł. I każda z nich jest szczelnie zamknięta.

Siedzimy w tych swoich domach. Telewizor. Wiadomości. Nasze ulubione źródła informacji. Ludzie, którzy myślą tak jak my. I utwierdzamy się w tym, że mamy rację. Że wiemy, jak powinno wyglądać życie.

Jak powinien zachowywać się mężczyzna, kobieta, rodzina, związek, rodzic, dziecko.

A kiedy ktoś wychodzi poza ramy naszego rozumowania, natychmiast zaczynamy go oceniać. Poza ramy. Czasami poza jakiekolwiek ramy. Wchodzimy sobie nawzajem do łóżek. Do szaf. Do domów. Do portfeli. Do związków. Do sposobu wychowywania dzieci. Do tego, z kim ktoś śpi, jak się ubiera, na co wydaje pieniądze i dlaczego nie żyje tak, jak my uważamy, że powinien.

Tylko po co? Naprawdę po co? Czy nasze życie staje się przez to lepsze? Czy ktoś, kto mieszka obok, ale kocha inaczej, zarabia inaczej, wydaje inaczej, wychowuje inaczej albo po prostu ma inny pomysł na szczęście, odbiera nam cokolwiek?

Nie. Więc może czasami wystarczy powiedzieć: „To nie moje życie.” I pójść dalej. Nie wszystko musi nam się podobać. Nie ze wszystkim musimy się zgadzać. Możemy mieć własne wartości, granice, przekonania i zasady. Ale nie musimy z nich budować klatki dla innych ludzi ani dla własnego umysłu. Bo wolność zaczyna się chyba właśnie tam, gdzie kończy się potrzeba urządzania życia komuś innemu.

Niech każdy żyje swoim życiem. A my zajmijmy się swoim. I długo zastanawiałam się nad sensownym zakończeniem, ale chyba po prostu się powtórzę.

Nie zamykajmy się szczelnie jak mielonki w konserwie.

M.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *