blindead 23 „deuterium” peaceville records 2026 r
Umarł król, niech żyje król.
BLINDEAD 23 powstał na zgliszczach BLINDEAD, który swego czasu uwielbiałem. Niestety po ostatniej płycie Niewiosna, na której wybrzmiewały dźwięki kompletnie nie moje, straciłem nimi zainteresowanie. I nawet się dobrze złożyło, bo za chwilę poszli do piachu. Nowy BLINDEAD 23 to już jest to, czego oczekiwałem. Poprzedni, krótki materiał Vanishing wróżył same dobre rzeczy. Dało się wyczuć powracającego z zaświatów ducha BLINDEAD.
Nowy album Deuterium tylko potwierdza moje przypuszczenia, jest cholernie emocjonalnie, momentami boleśnie i niebanalnie. Czasami przytłacza swoją przestrzenią, by po chwili objąć intymnym urokiem. Szerokie spektrum, miejsce na eksperymenty i potężna siła, która drzemie w DEUTERIUM, nie pozwala na chwilę wytchnienia. Można się zapomnieć i odpłynąć daleko od brzegu, ale dryfowanie na falach, pokonywanie ich, czując przytłaczającą siłę, w rezultacie daje zamierzony efekt.
Cel został osiągnięty. Od początku do końca wybrzmiewa ekspresywna paleta dźwięków, które poruszają każdy najmniejszy nerw. I im dłużej z nimi obcuję, tym bardziej wwiercają się w mój mózg. Są momenty, które chwytają za serducho, trzymają i długo nie puszczają. Ale wyjątkowość nowego BLINDEAD 23 to nieprzewidywalność. To jak misterny plan układany miesiącami, który w jednej chwili wymyka się spod kontroli. BLINDEAD 23 traci kontrolę, ale nad zdrową logiką, kształtując wizerunek emocjonalnego potwora.
Powiem szczerze, że na taką płytę czekałem i się nie zawiodłem. Nie pozostaje mi nic innego jak czekać na jesienne koncerty, by przekonać się o wyjątkowości Deuterium.
