emptiness „nowhere speaks” Season of mist 2026 r
Jak ten czas szybko leci.
Nie tak dawno pisałem o poprzedniej płycie Vide, która ukazała się w 2021 r. Pięć lat zleciało w mgnieniu oka i mamy nowy album EMPTINESS Nowhere Speaks. Z jednej strony nie czekałem na ten album, bo ich ostatnie dokonania nie do końca mi leżały. Zaś z drugiej byłem ciekaw, czy panowie potrafią jeszcze czymś zaskoczyć. I zaskoczyli, bo wróciło gitarowe mięso, którego mi tak brakowało. Jest brutalniej, ciężej i mimo dusznego klimatu czuć powiew świeżego powietrza. Niestety nie uświadczymy tutaj blastów (z małym wyjątkiem) czy wszechobecnej agresji z pierwszych płyt.
EMPTINESS ponownie stawia no budowanie mrocznej atmosfery, bazującej na niepokoju i strachu. Na pewno oko przykuwa okładka, która niewiele zdradza, ale pobudza wyobraźnię. Czarno-biały obraz, który coś przedstawia, ale ciężko stwierdzić jednoznacznie co. Ja widzę oczy, boleśnie spoglądające spod jakiegoś liścia. Myślę, że jest to niewielki skrawek czegoś większego.
Album zawiera dziesięć autorskich kompozycji, które zlewają się w jedną całość. Phorgath swoim złowieszczym szeptem wciąż buduje specyficzną atmosferę chaosu i obłąkania. Nie są to optymistyczne narracje, czuć w nich pewien pierwiastek zatracenia, który doskonale komponuje się z artystycznym tłem.

Muzyczna otchłań, w której pławi się EMPTINESS w pewnym sensie może wywoływać stany lękowe, więc obcowanie z Nowhere Speaks dla zwykłego słuchacza może być nie lada wyzwaniem. Oczywiście dla mnie to dźwiękowa rozkosz, poczułem jakby wciągała mnie czarna dziura. Cieszy mnie też fakt, że EPMTINESS wróciło do eksperymentalnego wymiaru, który pięknie otworzył swoje wrota na płycie Nothing But The Whole.
Spodziewałem się zupełnie czegoś innego, a dostałem fragment wielowarstwowego, klaustrofobicznego minimalizmu, bezdusznego i tak antyludzkiego, że moja świadomość istnienia legła w gruzach.
A bym zapomniał, płyta została nagrana „na setkę” i to cieszy ucho, nic nie zastąpi organicznego i przestrzennego brzmienia. Takie praktyki w czasach totalnej cyfryzacji to już przeżytek, który powoli się odradza. Poczułem się troszkę jak w latach 80, kiedy właśnie to był jedyny i słuszny zapis. Wiem coś o tym, bo sam praktykowałem.
Cóż mogę rzec na koniec?
NIC NIE ISTNIEJE, A JEDNAK WSZYSTKO ISTNIEJE.
