||||

Thrash Till Death… vol. 666

Dziś ponownie wrócę do tematu Thrash Metalu, ale tym razem odwiedzę największe skupisko tego gatunku na naszym globie, czyli USA.

Tak na marginesie tylko dodam, że internetowe źródła mówią o ponad 20 tys. kapel metalowych w samych Stanach Zjednoczonych, więc jest w czym wybierać. Zwyczajem Pianki na Piwku jest prezentacja kapel mniej znanych, mniej lubianych czy kapel tzw. jednej płyty i nie inaczej będzie tym razem.

No to lecim z tym „TRASZEM”.

KUBLAI KHAN nagrał tylko jedną płytę – w 1997 r wychodzi „Annihilation”, czyli 35 min rzetelnego i poprawnego Thrash Metalu. Swego czasu słuchałem tej płyty dość często, ale już teraz po latach stwierdzam, że jednak nic odkrywczego w ich muzyce nie znalazłem. Ot po prostu warto znać.

POST MORTEM powstał w 1982 r i tworzą do dziś. W 1986 r New Renaissance Records wydaje debiutancki album „Coroner’s Office”. Niespełna 40 minut topornego Thrash Metalu, jakiego w owych czasach było na pęczki. Mam wrażenie, że wokalista wydając z siebie głos strasznie się męczy i taka jest cała płyta, mnie zmęczyła. Po tym materiale straciłem ochotę na kolejne wydawnictwa, a popełnili ich jeszcze trzy. Z ciekawości odsłuchałem ostatniej pozycji w ich dyskografii „A Message from the dead” z 2009 r. I powiem tak: dalej jest topornie i nudno, więc nie widzę sensu rozpisywania się na ten temat.

VIO-LENCE jest kapelą w której pierwsze kroki stawiał Rob Flynn z Machine Head. I tutaj wyczuwam duży potencjał drzemiący w tych pięciu kolesiach. Pierwsza płyta wydana w 1988 r za sprawą Mechanic Records daje nam pół godzinki konkretnej dzikiej jatki made by San Francisco. Troszkę wokal mnie drażni wysokimi zaśpiewami, ale to wtedy był kanon i nikt nie śmiał go podważać.

W 1990 r wychodzi album nr 2 „Opressing the Masses”. Dojrzalszy kompozycyjnie i brzmieniowo album naprawdę daje porządnego kopa w zad. Kompozycje są bardziej zwarte i czuć już mały przejaw geniuszu aranżacyjnego Roba F.

W 1993 r wychodzi trzeci i zarazem ostatni album „Nothing to Gain”. Tutaj w roli drugiego gitarzysty debiutuje Phil Demmel, który obecnie razem z Flynnem pogrywa w Machine Head. Na tym albumie słychać wyraźny progres w muzyce VIO-LENCE, wreszcie zaczęło wszystko hulać jak trzeba. Niestety po tej płycie kapela idzie w popioły. W 2003 powstają z grobu na chwilę i wydają epkę „They Just Keep Killing” i tyle w tym temacie.

FORBIDDEN też jest dość ciekawym zespołem, który nigdy większego rozgłosu nie zyskał. Powstali w 1985 r jako Forbidden Evil i przez dwa lata nagrali aż 6 demówek. W 1987 r zmieniają nazwę na FORBIDDEN i w 1988 r Combat wydaje debiutancki album „Forbidden Evil”. To 40 min. sprawnego i technicznego Thrash Metalu. Mam wielki sentyment do tego albumu i mimo upływu prawie 30-stu lat album broni się doskonale. Dwa lata później wychodzi drugi album „Twisted into Form” i większych zmian nie przynosi. Kolejne lata przynoszą jeszcze dwa albumy „Distortion” 1994 r i „Green” 1997 r. i powiem szczerze, że nie znam tych płyt 🙁

Po ostatniej płycie zespół rozpada się. Wracają w 2010 r doskonałym albumem „Omega Wave”. Jako ciekawostkę dodam, że na dwóch pierwszych albumach bębnił Paul Bostaph.

Lecimy dalej! DEVASTATION jest jednym z tych zespołów, który uwielbiam do tej pory, a ich pierwsza płyta „Violent Termination” na długo zapadła mi w pamięci. Może nie jest to jakiś wybitny album, ale w tamtych czasach kochałem taką prostotę jaka biła właśnie z tego longa.

Devastation powstał w 1986 r w Texasie. Nagrali trzy płyty „Violent termination” ’87 „Signs of Life” ’89 i „Idolatry” ’91. Bardzo lubię ostatni album, bo jest w nim to, co tygrysy lubią najbardziej czyli prostota, dzikość i ostre jak żyleta brzmienie. Szkoda, że po tym albumie poszli w rozsypkę. Co prawda wrócili jeszcze na chwilkę w 2008 r., ale nic już nie nagrali. Wielka, wielka szkoda!

EXHORDER jest kolejnym zespołem, który nie zyskał sobie większego uznania wśród fanów i krytyków. Od początku działalności mieli „pod górkę”. W 1990 r R/C Records wydaje „Slaughter in the Vatican” z bardzo wymowną okładką (…i zaczęła się nagonka prasowa). 40 min porządnego  thrashowego batożenia. Brzmienie tej płyty do tej pory wywołuje u mnie gęsinę na przegubach. Coś jest na rzeczy, bo zostało mi tak do dziś. Dla mnie płyta ponadczasowa 🙂

W 1992 r Roadrunner Records wypluwa potwora nr 2 „The Law”. I tutaj nie jest inaczej: opętańczy i ostry jak brzytwa Thrash Metal najwyższej próby i te wściekłe wokale pana Kyle Thomasa. Dla mnie istna mieszanka wybuchowa. Takie łojenie to ja KOCHAM 🙂

I teraz już wiem na jakiej płycie wzorowała się Pantera nagrywając „Vulgar Display of Power”! Po „The Law” słuch o Exhorder zaginął.

A na deser zostawiłem sobie zespół, który to swoimi dwoma płytami urzekł mnie bezgranicznie – BELIEVER. Zespół powstał w  Pennsylvalii w 1986 r. Trzy lata później wydają debiutancki album „Extraction from Mortality”. Powiem, że szału jakiegoś wielkiego na tej płycie nie ma, ot dobre techniczne i poprawne granie. Ale już „Sanity Obscure” to krok milowy w ich karierze. Płytę znam na pamięć i często do niej wracam („Dies Irae” z partiami wspaniałych skrzypiec i niewieścich wokaliz zniewala). Zresztą Believer często wykorzystuje partie skrzypiec w swoich kompozycjach i wychodzi im to dość sprawnie. Na trzeciej płycie z 1993 r „Dimensions” wspięli się na wyżyny swoich możliwości i nagrali płytę idealną, perfekcyjną, kompletną. „Trilogy of Knowledge” to istny majstersztyk.

Po ‚Dimensions” zespół rozpada się. Wracają w 2009 r płytą „Gabriel”, ale jakoś ciężko mi ta płyta szła przez uszy. Czegoś mi zabrakło i wydaje mi się, że to wina nowego składu, bo na posterunku ze starej gwardii zostali tylko Bachman i Daub. W 2011 r wychodzi jak dotąd ich ostatni album „Transhuman”, ale do „Sanity Obscure ” mu daleko. No i te wokale wołają o pomstę do piekła. Dla mnie Believer to tylko (lub aż) dwie płyty, a reszta to niepotrzebny bagaż.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *