Fleshvessel „Obstinacy: Sisyphean Dreams Unfolded” I, Voidhanger records 2025 r
I, Voidgahner Records słynie z wydawania płyt zespołów, które ciężko oprawić w konkretne ramy. I w przypadku FLESHVESSEL nie jest inaczej. Drugą płytą „Obstinacy: Sisyphean Dreams Unfolded”, która ukazała się 31 grudnia ubiegłego roku po raz kolejny stawiają słuchacza na rozdrożu.
W ich twórczości nie ma żadnych granic ani barier, a jeśli kiedykolwiek były, to zostały przekroczone dawno temu. Album zawiera cztery utwory i trwa niespełna 50 minut. Idealna czasówka, by oszaleć, znormalnieć, a później rzucić się w wir jakiejkolwiek pracy, by o wszystkim zapomnieć 😉

Co bym nie napisał o tej płycie, to słowa w pełni nie oddadzą jej zawartości. Przede wszystkim trzeba mieć dużą tolerancję na natłok wątków napływających z różnych nurtów muzycznych. Na pierwszy rzut ucha nic tutaj do siebie nie pasuje. I na dobrą sprawę nie wiadomo, czego się spodziewać (nawet hiszpańskiej inkwizycji 😉
Struktury utworów, zazwyczaj wielowarstwowe, nie ułatwiają sprawy w odbiorze. Potrzeba sporo czasu, by narząd słuchu to wszystko przetrawił. Skupienie jak najbardziej jest tutaj pożądane. Ekscentryczne podejście muzyków do komponowania stawia słuchacza w dość skomplikowanych okolicznościach. Od takiego natężenia dźwięków można nabawić się skrętu zwojów mózgowych i rozstroju żołądka.
Przejdźmy teraz do najtrudniejszej rzeczy, czyli Muzyki przez duże M. Długo się zastanawiałem, co tak naprawdę skłania ludzi do tworzenia tak eklektycznych i pokręconych dźwięków. Co trzeba mieć w głowie, żeby stworzyć takiego potwora. Kolektyw FLESHVESSEL wymyka się wszelakim klasyfikacjom.
Muzyczne korzenie głęboko tkwią w metalu, który przyjmuje przeróżne formy. Ale to jest tylko klamra, która spina całość. Zespół czerpie garściami inspiracje z muzyki lat 70, ale takiej eksperymentalnej i dekadenckiej. To zaledwie wierzchołek góry lodowej.
Głęboki growl dyskutuje z blackowym skrzekiem, na to wszystko wpierdala się śpiewaczka operowa. Chciałaby pogadać o metalu, ale nie ma o nim bladego pojęcia. I weź tu zrozum babsko? Całość upchana jest w death metalowej jaskini z odrobiną schizofrenicznej wirtuozerii. Sprytnie przemycono wątki z muzyki relaksacyjnej, klasycznej i filmowej. Rozumiecie coś z tego? Brakuje tylko country americana i trupa w wannie.
Reasumując: album odważny, dziwaczny, chaotyczny, surrealistyczny i perfekcyjnie odegrany. I tak sobie myślę, że jakby Gorguts wziął ślub z Sleepytime Gorilla Museum, to owocem ich miłości byłby bękart o imieniu FLESHVESSEL 🙂
Kurtyna!
