exhumed „red asphalt” relapse records 2026 r
Po czterech latach milczenia zwyrodnialcy z EXHUMED ponownie dają o sobie znać. Najnowszy, jedenasty album, o pięknie brzmiącym tytule „Red Asphalt”, drastycznych zmian nie przynosi, za to koncepcja płyty to już nie w kij dmuchał. Tym razem na tapecie wylądowały wypadki samochodowe i temu podobne incydenty. Czuć, że pod maską tego potwora, drzemie ogromna moc.
Muzycznie dostajemy death metalową chłostę odpowiednio doprawioną grindowym wachlarzem przypraw. Generalnie na „Red Asphalt” jest wszystko do czego przyzwyczaił nas Matt Harvey przez ponad trzy dekady. Jest krew, która płynie strumieniami, a trup ściele się gęsto. Oczywiście nad całością unosi się smród „padliny” z Liverpoolu.
Wokalnie ekstraklasa. Gore bulgoty prowadzą artystyczne dialogi z krwawymi skrzekami. Natomiast ataki blastów przecinają się na skrzyżowaniach, i na czerwonym świetle wchodzą z impetem w ostre jak brzytwa riffy. Całość okraszona szczyptą melodii, ale takiej do bólu chorej i zepsutej. Na pewno ciężko będzie je nucić przy goleniu. Tzn. spróbować zawsze można, ale nie wróżę niczego dobrego.

Album zawiera dziesięć kompozycji, które kipią agresją i ordynarną brzydotą. Na dobrą sprawę ciężko wyróżnić jakiś hit czy potencjalny przebój. Każdy kolejny utwór to fucking killer, więc zasługuje na takie miano.
EXHUMED po raz kolejny udowodnili, że mimo upływu czasu są jak wino. Przede wszystkim nie zwalniają tempa ani na krok, 100 % jadu i okrucieństwa. Do tego są bardzo autentyczni. Wiem, flaki i krew to było modne kiedyś, a teraz to dziecinada.
EXHUMED ma to w poważaniu, bawią się znakomicie pisząc takie piosenki. „Red Asphalt” to kolejna mocna rzecz w ich dorobku. Niby nic nowego ale słucha się z wypiekami na pośladkach. Ja kibicuję im od samego początku, i z uporem maniaka dalej to będę robił. Aż do usranej śmierci, tak mi dopomóż BUK.
