godslut „The Art Of Deconstruction” selfmadegod 2026 r
Niestety, w obecnym życiu łaska boża omijała mnie szerokim łukiem, wiec siłą rzeczy o istnieniu Bożych Szmat dowiedziałem się dopiero teraz 🙂
GODSLUT, bo o nich dziś będzie kazanie, poznałem nie tak dawno, grali na festiwalu Dark Side w Gubinie. Nie powiem, ze sceny poleciał konkretny i bezkompromisowy przekaz. Jak na trzech typów, to muszę przyznać, że zmietli mnie z planszy.
Kolesie z mety zyskali moją sympatię i bardzo jestem rad, że młodzieżówka w naszym kraju jeszcze potrafi solidnie dołożyć do pieca.
Chwilę temu za sprawką SELFMADEGOD ukazał się ich drugi pełniak The Art of Deconstruction. Na żywo było klawo jak cholera, a jak jest w studio?
Powiem tak, jest konkretnie, czyli na plasterki. No dobra, ale to za wiele nie mówi. Rzucę trochę światła (wypadałoby rzec mroku) na ten piękny ochłap śmierćmetalowego mięsiwa. Na wydawnictwie znalazło się osiem aktów bestialstwa i okrucieństwa podanych w technicznym anturażu.
Oczywiście nasuwają się pewne skojarzenia, ale w tych czasach raczej trudno wymyślić koło na nowo (można za to je delikatnie podrasować ;). Chłopaki doskonale znają swój fach i sprytnie blendują to, co najlepsze w muzyce ekstremalnej. Mało tego, opanowali też sztukę pisania „ckliwych” melodii (The Art of Deconstruction). Może i kariera w stylu HIM im nie grozi, ale cholera wie, co przyniesie przyszłość ;).
Muzycznie to oczywiście ekstraklasa, ale jeszcze trochę czasu spędzą pod ziemią, zanim wypłyną na powierzchnię. Nie żebym im źle wróżył, niestety taka dola.

Co mi wpadło w ucho? Na pewno brzmienie, które jest czytelne, pełne przestrzeni i jadowitej brutalności. Wszystkie instrumenty żyją ze sobą w symbiozie, dopełniają się wzajemnie i tworzą jeden potężny monolit. Znalazło się też miejsce na nienachalną wirtuozerię, taki smaczek dla koneserów, bo ogólnie nie jestem zwolennikiem takich popisów. Tutaj jest to bardzo wyważone i nie psuje całego obrazu, który GODSLUT mozolnie tworzy od pierwszych taktów.
Muzyka z The Art of Deconstruction została oprawiona w solidne death metalowe ramy z thrashową dynamiką i porywającym groove. Ten cuchnący i odrażający ochłap padliny zalatuje mi trochę naszym DECAPITATED, ale to chyba dobrze. A takie killery jak New Revelation ścinają łeb przy samej dupie. Nie pozostało mi nic innego, jak powróżyć z fusów i życzyć wspaniałej, długiej aż do śmierci kariery.
